View mongo2009 in a larger map

sobota, 11 lipca 2009

Mongolia

Od kilku dni jestesmy w Mongolii. Co najdziwniejsze, w tym kraju blekitnego nieba o 350 dniach slonecznych w roku, na razie ciagle pada. W ogole, jak na razie Mongolia bardzo nas zaskakuje - czasem przyjemnie, czasem troche gorzej.
W tej chwili jestesmy w Tsetserleg, stolicy prowincji Arkhangai, w nowo zbudowanym hotelu, ktory juz chyli sie ku upadkowi (jednym z powodow moze byc to, ze jego szefom nie przyszlo do glowy, ze gosciom z Europy bardziej przyda sie prysznic niz telewizja). To tez pierwsze miejsce, gdzie spotkalismy zachodnich turystow.
Do tej pory trasa naszej podrozy to: nocleg w Darkhanie - Karakorum (starozytna stolica Mongolii i jeden z niewielu zachowanych klasztorow) i wlasnie Tsetserleg.
Z braku czasu tylko maly, subiektywny przewodnik po Mongolii, pisany po czterech dniach pobytu:

Drogi i podrozowanie po Mongolii
Juz drugiego dnia w Mongolii stalo sie jasne, ze drog tu po prostu nie ma. To znaczy jest ich wiele, ale zupelnie nie w rozumieniu europejskim. Jest kilka asfaltowych odcinkow, wiekszosc to po prostu wyzlobione przez wiele samochodow drogi po stepie. Stad konie to nie atrakcja turystyczna, ale po prostu najlepszy srodek transportu.
Zrozumielismy to w czasie naszej pierwszej dluzszej podrozy, z Ulan Bataar do Karakorum, kiedy po 50 km od stolicy musielismy zjechac z trasy i dalej po samych wertepach, w upale, z zamknietymi oknami, zeby nie nakurzylo sie do srodka. Po wielokrotnych uderzeniach glowa w sufit, na wpol uduszeni i tak dalej. Do tego kierowcy samochodow (jechalismy dwoma) scigali sie miedzy soba.
Zupelnie inaczej wczoraj - odleglosc jakichs 200 km pokonalismy w 9 godzin, srednia predkosc jazdy, jak pokazal GPS Wojtka, 26 km na godzine. Przypuszczamy, ze pan bardzo obawial sie o swoj samochod, poza tym zgubil sie wielokrotnie. I tak jest dla nas niezrozumiale, jak mozna sie tu w ogole odnalezc - bez zadnych charakterystycznych miejsc, punktow orientacyjnych.

Jezyk
Dzis spotkalismy trzecia osobe, z ktora mozna sie bylo dogadac. Pierwsza byl niemowa, ktory na dworcu autobusowym w Ulan Bator w lot pojal, gdzie kiedy i za ile chcemy jechac, zalatwil nam dwa samochody, targowal sie z nami przez pol godziny, wytargowal swoj niemaly udzial u kierowcow i jeszcze poblogoslawil nasza podroz.
Druga byl Mongol, ktory przez 8 lat mieszkal w Polsce.
Stad niezliczona ilosc nieporozumien jezykowych:
Kucz dzis chciala kupic plyte z panem w kajaku na okladce, probowala pokazywac na migi wioslowanie, a Mongolowie zgadywali, czy chodzi jej o hip-hop, czy moze o trans.
Wczoraj, gdy kierowca przyjechal po nas, pokazalysmy mu, zeby poczekal 10 minut i pan odjechal. Nastepne pol godziny, zanim wrocil, zastanawialismy sie, czy zrozumial, ze ma wrocic o godz.10, za 10 godzin czy cos zupelnie innego.
Dobra godzine zajelo nam wczoraj tlumaczenie panom od koni, ze juz zaplacilismy za jazde. Probowalismy: pisania patykiem po ziemi, pantomimy, krzyku, ucieczki. Zapytalam pana, jak nazywa sie moj kon, pan odpowiedzial: 10 tysiecy tugrikow.

Jedzenie
Jest okropne. Az brak slow. Jedziemy teraz na trekking konny i jestesmy przerazeni wizja nocowania w jurtach i bycia czestowanym przez gospodarzy. Mongolowie sa naprawde niesamowicie goscinni i prawda jest to, ze mozna zatrzymac sie w kazdej jurcie po drodze i oczywiste jest to, ze zostanie sie ugoszczonym. Przestalo nas to cieszyc. Kumys (tradycyjny napoj ze sfermentowanego mleka klaczy) bylismy jeszcze w stanie przelknac. Gorzej z dziwnymi glutami z mleka, ktore juz raz dostalismy. O miesie - roznych najdziwniejszych czesciach barana, nie ma co wspominac.

Naadam
Najwieksze swieto Mongolow. Zawody sportowe - konie + zapasy + lucznictwo. Ogladamy juz drugi w ciagu dwoch dni. Pierwszy w Karakorum - taki miejscowy, zupelnie bez turystow, bardzo nam sie podobal. Dzis, w Tsetserleg, glownie zapasy.

Ludzie
Sa naprawde goscinni i strasznie zyczliwi. I naprawde wszedzie jezdza konno - do sklepu, w odwiedziny. Co dla mnie jest rewelacja i co powinnismy nasladowac.

Krajobrazy
Przepiekne, niesamowite. Zdjecia je splaszczaja. Slowa zreszta tez, wiec o tym juz nic wiecej.

Podrozowanie po Mongolii
Wymaga duzo samozaparcia. I nie wiadomo w zasadzie po co. Gdy dojezdza sie na miejsce okazuje sie, ze nie ma tam specjalnych atrakcji, miasto to kilka okropnych poradzieckich blokow wyrastajacych na srodku stepu. I znowu taka mysl, ze moze powinnismy byc gdzies indziej, moze to zly wybor.
I tak sobie dzis pomyslalam, ze te atrakcje sa gdzies pomiedzy:
Gdy za oknem stepy i jurty, a kierowca z pasazerem (ktorego nazwalismy Indianinem) spiewaja mongolskie piesni.
Gdy na Naadamie w Karakorum tlumy Mongolow tradycyjnie ubranych scigaja sie na koniach.
Gdy sie widzi rodzine spiewajaca razem karaoke.
Gdy w wiosce cala rodzina wylega, zeby nam pomoc znalezc miejsce do spania.
Gdy sie dociera tam, gdzie tak jakby nikogo nigdy nie bylo.

To na pewno za wczesnie na podsumowania, ale pewnie mi umkna potem gdzies te pierwsze wrazenia, wiec tak zebyscie wiedzieli.

1 komentarz:

  1. oh! śmieję się perliście, gdy czytam wasze posty z podróży :) cóż za zastrzyk nowych doświadczeń! pięknie pięknie.
    i trzymam kciuki za wazse zołądki i wątrobę i wszystko co związane z układem trawiennym, za worki plastikowe pod ręką również :)

    OdpowiedzUsuń