View mongo2009 in a larger map

wtorek, 28 lipca 2009

Mongolski hit

Ta piosenka towarzyszyla nam przez cala podroz po Mongolie:

My z podróży - lot do Moskwy

Szczęśliwie wróciliśmy do Warszawy jednak nadal śpimy do 5 rano ( przynajmniej ja). Nie chcieliśmy wracać, dlatego nasz ostatni dzień trwał 24 godziny. Gdy tylko gdzieś docieraliśmy, spłoszeni rychłym powrotem i sukcesywnym zbliżaniem się do ojczyzny przezornie przestawialiśmy zegarki na kilka godzin wcześniej, wydłużając sobie nie tylko podróż ale i życie.
Osławiona podróż z Ułan Ude do Moskwy liniami Sibir airlines była jedną z najlepszych podróży samolotowych w mojej karierze. Samoloty lecące nad Syberią są nowiutkie i zieloniutkie ( utrzymane z tonacji nadzieji, która się przydaje), wygodne a wszystkie śrubki są potrzebne i nie odpadają. Wprawdzie wystukujac w google "sibir airlines" wyskakuje taka oto informacja: "please accept my deep condolences on a tragic plane crash of Sibir airlines wchich occured in Irkuck"- to pisze prezydent Kaczyński...ale potem okazuje się że to dawno było, w 2006. Dlatego też ten tekst jest kolejnym dementi, tym razem na ruskie linie wewnętrzne.
Ale wróćmy do nocy poprzedzającej wspomniany lot. Postanowilismy pojechac jednak na lotnisko ( po obejrzeniu 10 - metrowej głowy jednego z wodzów) wzieliśmy takse i ujrzeliśmy przed sobą ciemną, zamkniętą na cztery spusty budę, którą lokalsi nazywają lotniskiem. Jednak tu ujawniła się rosyjska dusza pana pilnującego, który litościwie wpuścił nas do środka i pozwolił nam przspać się na betonowej podłodze w pokoju z PRL - owską meblościanką ( tzn jej fragmentem). Rano buda ożyła a nawet okazało się, że spaliśmy w bardzo ważnym miejscu a także że mieliśmy dostep do tajemnic lotniska nawet o tym nie wiedząc - o 7 przydreptała pani i wyjęła z doniczki z filodendronem klucz do jednego z biur...z ciekwaostek lotniczych ujęło mnie jeszcze, że pani sprawdzająca bilety odhacza pasażerów na szarym karteluszku:)
Lot, jak mówiłam był super, choć niestety przyznac się trzeba że potrzebowałam wsparcia farmakologicznego. Mając do wyboru wódkę Czingis Chan i leki uspakajające wybrałam te drugie ( nie biorąc tego pierwszego:).
Może będzie kilka zdjęć! Paweł?

piątek, 24 lipca 2009

Terelj national park

Okazalo sie, ze balet mongolski ma przerwe wakacyjna (bez sensu) wiec po wyjsciu z muzeum historii naturalnej (to temat na osobny wpis...) zdecydowalem si pojechac na wieczor i noc do parku Terelj, 2h drogi z UB. Poniewaz nie mialem sie w co spakowac wzialem tylko szczotke do zebow, ksiazke i nowo kupiony aparat. W autobusie poznalem pare z polski i amerykanina, ktory wygladal jak Jezus a w dodatku okazalo sie, ze byl ciesla z zawodu. Terelj jest piekny ale mocno komercyjny, Ger Campy robione sa pod linijke a sciezki miedzy jurtami sa wybrukowane. Jednak nawet to nie tlumaczy cen (40$ za noc z wyzywieniem!). Ostatecznie wytargowalismy u jakiegos mongolskiego chlopa znacznie korzystniejsze warunki, wycieczke konna do wielkiego kamiennego zolwia i podwozke pod UB nastepnego dnia.

Teraz siedzimy w Ulan Ude w Rosji. Oczywiscie na granicy byly problemy z brakiem wizy Mongolskiej (sic!), ale kolejne 42$ pozwolily mi pojechac dalej.
Gigantyczna glowa Lenina robi wrazenie!
Ciag dalszy nastapi.

wtorek, 21 lipca 2009

UB/Gobi

Jako ze odzyskiwanie paszportu i wizy zajmuje kupe czasu stwierdzilismy, ze nie ma sensu, zeby wszyscy siedzieli tu ze mna. Wyekspediowalem wiec dziewczyny na pustynie Gobi (czekam na relacje) i rozpoczalem imprezowanie w przepieknym Ju-Bi.
Czas dzisiaj przelecil mi miedzy palcami - dwie wizyty w ambasadzie Rosji, jedna w juz prawie zlikwidowanej ambasadzie RP, pisanie pocztowek, wysylanie faxu do stanow, zeby mi refundowali skradziony czek podrozny... Potem, poniewaz rozpoczelo sie urwanie chmury (podobno tak deszczowego lata najstarsi Mongolowie nie pamietaja), troche poczytalem i juz wygladalo na to, ze dzien zakonczy sie dosyc mialko. Tymczasem kolezanka ze Szwajcarii zabrala mnie na kolacje ze swoimi przyjaciolmi, po czym szybko uciekla na pociag do Irkucka i zostawila mnie z przedziwna ekipa (USA, Belgia, Szwajcaria i Niemcy). Dosiadl sie do nas jeszcze hiszpanski fotograf w srednim wieku i w takim skladzie przegadalismy caly wieczor sprzeczajac sie o sens rzadow Obamy i Zapatero, o przyszly upadek Chin, o rzekoma wyzszosc fotografii cyfrowej nad tradycyjna, o Sankt Pauli, o armie szwajcarska, o kaczki, o kradzieze, o podroze z celem i bez celu, etc, etc... A wszystko to w restauracji "Pizza della Casa", czyli dokladnie tam, gdzie 3 dni wczesniej bylem okradziony. Musialem pokonac swoje demony.
A jutro bede mial zagwozdke - czy jest sens jechac na 6 godzin do parku Terelj czy lepiej pojsc na black market (gdzie kradna na potege), do muzeum historii naturalnej (gdzie, wg Lonely Planet, wypchane zwierzeta sa zdumione w jak kiepskim stanie skonczyly swoj zywot) i na balet mongolski, w miedzyczasie odbierajac wize rosyjska?

poniedziałek, 20 lipca 2009

Ulan Bator

Nadal jestesmy w najbrzydszej ponoc stolicy swiata ( dlatego mozemy tyle pisac). Zwiedzilismy ja juz wzdluz i wszerz, pijemy dobre kawy i jemy dobre jedzenie ( glownie hinduskie). Mamy takze inne sukcesy: Pawel otrzymal paszport tymczasowy w tempie ekspresowym. Pozostala wiec tylko wiza rosyjska - z tym moze byc gorzej ale jestesmy dobrej mysli.
Ulan Bator, w moim mniemaniu, ma swoj klimat, zwlaszcza noca. Cecha charakterystyczna miasta jest duza ilosc mlodocianych zlodzieji - amatorow bez pojecia o fachu ( w przeciwienstwie do tego ktory zawinal Pawlowi paszport - to bylo profesjonalne). Mniej wiecej co 15 metrow ktos odgrywa naokolo nas scenke - a to zgubi okulary a to upadnie mu butelka a to wiaze buta - by odwrocic nasza uwage i zabrac cos ( najczesciej aparat). Ale my sie juz nie dajemy i walczymy o nasza wlasnosc. Wczoraj nawet zagralismy z miejscowymi dzieciakami w kosza butelka wody, ktora ekipa 8 - latkow chciala nam zabrac.
Z ciekawostek miasta: stoja tu trzy pomniki przy placu glownym: Lenina ( nuda - on stoi wszedzie), Stalina stepow, czyli ichniego komunistycznego oprawcy, ktory poslala na rzez wszystkich mnichow buddyjskich z okolic oraz wybawcy Mongolii - bohatera lat 90, ojca demokracji. I to jest dopiero miedzykulturowe:)
Na Gobi chyba nie zdazymy i placzemy z tego powodu

niedziela, 19 lipca 2009

kilka zdjec


Typowa jurta: satelita + ogniwo sloneczne


Nasze konie


Trekking


Rodzinne zdjecie


Rodzinne zdjecie 2


Wojtek rozrysowuje mongolskim koniarzom, ze juz im zaplacilismy tyle ile trzeba


klasztor Tovkhon Khiid


Polskie konserwy - priceless


Naadam - zapasy


Naadam


Jurtowa rodzina


Buddyjski mnich w Charchorin


Naadam raz jeszcze


Chrzczona na koniu


Rzadki przypadek asfaltowej drogi


Bajkal w oku Kuczy

Kradziezowe dementi

Radio Erewan nadaje. Kradziez byla ale:
- Nie wszyscy zostali okradzeni tylko ja.
- Policjant nie slanial sie na nogach tylko jadl kawalek miesa. Drugi natomiast gral na komputerze.
- Strata wizy rosyjskiej skazuje mnie na pozostanie w Mongolii do konca moich dni.
- Ambasador w Mongolii jest, nie ma tylko ambasady.

Ponadto:
Znalezlismy swiadka kradziezy - to mlody bezdomny chlopiec, za ktorym ciagna sie watahy innych bezdomnych dzieci. Swiadek dzisiaj nie dopisal i nie stawil sie na komisariacie wiec sam przegladalem kronike policyjna. Uwierzcie, ze nawet gdybym widzial twarz zlodzieja na minute przed ogladaniem albumu ze zdjeciami (a nie widzialem w ogole) nie ryzykowalbym wskazania ktoregokolwiek ze zdjec. Nie ryzykowalbym rowniez zabawy w "znajdz 5 roznic".

UPDATE:
Skorumpowalem policjanta. Za jedyne 5000 tugrikow (ok 12 PLN) wykroczyl poza swoje kompetencje i na kartce z pieczatka napisal, ze skradziono mi paszport. Ta kartka + dowod osobisty wystarczyly, zeby kupic bilet na pociag do Ulan Ude (Rosja), skad mamy samolot. To natomiast pozwala sie juz ubiegac o rosyjska wize tranzytowa (100$). Rownolegle toczy sie sprawa tymczasowego paszportu w niemal juz zlikwidowanym konsulacie RP. Powinien byc jutro rano i kosztowac jedyne 62$. Generalnie strata paszportu to slaby pomysl. Nie polecam.

sobota, 18 lipca 2009

seria niezawinionych nieszczesliwych wypadkow

Dni ostatnie obfitowaly w ciag nieprzewidzianych, niezawinionych i niestety nieszczesliwych wypadkow
1. Wojciech stracil lot do Irkucka - zostal on odwolany ( lot, nie Wojciech) w zwiazku z czym cala reszta misternie ulozonego planu lotniczego runela. Jako ze komunikacja werbalna z Mongolami jest ograniczona nie bylo latwo wyjsc z impasu. Szczesliwie ( choc nie dla nas bo towarzystwo Wojtka bylo bardzo pozadane ze wzgledu na ciekawe dyskusje, poczucie humoru i niepoprawny optymistyczny spokoj ducha) juz dzis kolega odlecial do Moskwy, skad odleci do Warszawy ( co oczywiscie w warunkach rosyjskich nie jest takie pewne i trzeba liczyc sie z mozliwoscia wyladowania w Pekinie). Dzieki dziurze czasowej, w ktora wpada sie podrozujac przez Syberie ( lot trwa 0 minut) plan powinien zadzialac.
2. Zostalismy okradzeni przez niezananych sprawcow:((((( Aga i Pawel ( bo to On zostal poszkodowany) wlasnie skladaja zeznania slaniajacemu sie na nogach panu na komisariacie - wszystko wskazuje na to ze wczoraj byla imporeza... Komisariat otwarto specjalnie dla nas, bo w sobote i niedziele policja przeciez nie pracuje.
Update: komisariat zamkniety
Stracilismy: zabytkowy aparat fot, kurtke typu gore - tex, klape od plecaka, 50 dolarow w czekach oraz, co jest najbolesniejsza strata, paszport Pawla. Ostatnia zguba skazuje nas na pozostanie w Federacji Rosyjskiej do konca zycia w zwiazku z brakiem wizy
3. W zwiazku z oszczednosciami kryzysu gospodarczego odwolano ambasadora Mongolii i jestesmy skazani na siebie

A teraz optymistycznie:
1. Mielismy wspanialy konny trip dookola Wielkiego Bialego Jeziora. Spalismy w jurtach, jedlismy dzielnie czym nas ugoszczono, nie bylo strat w ludziach ( nie wspomnielismy bowiem ze poprzednia jurta pozostawila slad w postaci koszmarnej zolodkowo - trawiennie nocy przezytej przez piszaca te slowa). Bylo dziko i tak jak mialo byc. Szczegolnie jedna noc byla dla nas niesamowita, bo spalismy w jurcie z cala rodzina, naszymi przewodnikami, konmi i gwiazda kina Bollywood - Sharukh hanem w tlumaczeniu mongolskim - wiecej o tym pisze Aga
2. Zjedlismy pyszny obiad w Ulan Bator ( byl pyszny choc to on sprawil ze jestesmy pozbawieni paszportu)
3. Jest piekna pogoda
4. Mieszkamy w super hostelu
5. Ludzie. Na naszej drodze spotkalismy juz co najmniej tuzin wspanialych ludzi. Oprocz Pani z Muzeum w Rosji, byla tez Pani z guest housu w Tariacie skad wyruszylismy na trip konny. Otoczyla nas opiekunczymi skrzydlami, ogrzala w ostatni dzien wycieczki, gdy deszcz lal wszedzie a na nas i nasze konie szczegolnie, wypuscila nas bez placenia za goscine posiadajac jedynie nasza obietnice o transferze pienieznym ( dysponowalismy tylko dolarami).
Pobyty w jurtach wydobyly ze mnie refleksje: dzieki wzajemnej nieznajomosci jezyka na glos mozemy komentowac to, co widzimy. Na poczatku mialam z tego powodu wyrzut sumienia jednak zauwazylam, ze Mongolowie robia to samo majac niezly ubaw z naszych zwyczajow. Scena z jurty: siedzimy po dwoch stronach zbudowanego na planie kola namiotu, obserwujemy sie i polewamy z siebie nawzajem. Wbrew pozorom jest to bardzo sympatyczne, gdy sie do tego przyzwyczailismy. Bo jest to smiech dobrotliwy i tolerancyjny. Co prawda to nasi gospodarze mieli wiecej powodow do smiechu...
6. Ja i Kucza wlasnie wypilysmy kawe w Cafe Amsterdam - pyszna

piątek, 17 lipca 2009

Jedzeniowe dementi

Pospieszylismy sie nieco z ocena jurtowego jedzenia. W czasie 4-dniowego konnego treku mielismy okazje jesc u dwoch jurtowych rodzin, ktore zaskoczyly nas tym, ze pochodne ichniego mleka nie musza byc okropne. Z powodzeniem moga zupelnie nie miec smaku. Dzieki temu z usmiechem mozna wypic mleczna herbate przegryzajac ja serem i chrupkami nie majac przy tym zadnych odruchow. Malo tego! Czasami mozna sie zalapac na huszura czyli smazonego pierozka z miesem. Nie jest to wprawdzie cymes, ale jako odmiana od produktow mlecznych nadaje sie znakomicie.

Zeby jednak nie bylo tak sielankowo na koniec ostrzezenie.
Uwaga! Jezeli jestes w jurcie i chcesz zjesc ciasteczko - zjedz swoje. To co u nich wyglada jak ciasteczko tak naprawde jest czyms kwasnym z mleka suszonym na drewnianym wozie.

czwartek, 16 lipca 2009

Konie

Krotko - zyjemy, jestesmy po 4 dniach wyprawy konnej po bezdrozach. Jutro jedziemy do Ulaan Baatar, gdzie pozegnamy sie z Wojtkiem. Potem na Gobi. Obiecujemy dluzszy opis + zdjecia wkrotce.

sobota, 11 lipca 2009

Mongolia

Od kilku dni jestesmy w Mongolii. Co najdziwniejsze, w tym kraju blekitnego nieba o 350 dniach slonecznych w roku, na razie ciagle pada. W ogole, jak na razie Mongolia bardzo nas zaskakuje - czasem przyjemnie, czasem troche gorzej.
W tej chwili jestesmy w Tsetserleg, stolicy prowincji Arkhangai, w nowo zbudowanym hotelu, ktory juz chyli sie ku upadkowi (jednym z powodow moze byc to, ze jego szefom nie przyszlo do glowy, ze gosciom z Europy bardziej przyda sie prysznic niz telewizja). To tez pierwsze miejsce, gdzie spotkalismy zachodnich turystow.
Do tej pory trasa naszej podrozy to: nocleg w Darkhanie - Karakorum (starozytna stolica Mongolii i jeden z niewielu zachowanych klasztorow) i wlasnie Tsetserleg.
Z braku czasu tylko maly, subiektywny przewodnik po Mongolii, pisany po czterech dniach pobytu:

Drogi i podrozowanie po Mongolii
Juz drugiego dnia w Mongolii stalo sie jasne, ze drog tu po prostu nie ma. To znaczy jest ich wiele, ale zupelnie nie w rozumieniu europejskim. Jest kilka asfaltowych odcinkow, wiekszosc to po prostu wyzlobione przez wiele samochodow drogi po stepie. Stad konie to nie atrakcja turystyczna, ale po prostu najlepszy srodek transportu.
Zrozumielismy to w czasie naszej pierwszej dluzszej podrozy, z Ulan Bataar do Karakorum, kiedy po 50 km od stolicy musielismy zjechac z trasy i dalej po samych wertepach, w upale, z zamknietymi oknami, zeby nie nakurzylo sie do srodka. Po wielokrotnych uderzeniach glowa w sufit, na wpol uduszeni i tak dalej. Do tego kierowcy samochodow (jechalismy dwoma) scigali sie miedzy soba.
Zupelnie inaczej wczoraj - odleglosc jakichs 200 km pokonalismy w 9 godzin, srednia predkosc jazdy, jak pokazal GPS Wojtka, 26 km na godzine. Przypuszczamy, ze pan bardzo obawial sie o swoj samochod, poza tym zgubil sie wielokrotnie. I tak jest dla nas niezrozumiale, jak mozna sie tu w ogole odnalezc - bez zadnych charakterystycznych miejsc, punktow orientacyjnych.

Jezyk
Dzis spotkalismy trzecia osobe, z ktora mozna sie bylo dogadac. Pierwsza byl niemowa, ktory na dworcu autobusowym w Ulan Bator w lot pojal, gdzie kiedy i za ile chcemy jechac, zalatwil nam dwa samochody, targowal sie z nami przez pol godziny, wytargowal swoj niemaly udzial u kierowcow i jeszcze poblogoslawil nasza podroz.
Druga byl Mongol, ktory przez 8 lat mieszkal w Polsce.
Stad niezliczona ilosc nieporozumien jezykowych:
Kucz dzis chciala kupic plyte z panem w kajaku na okladce, probowala pokazywac na migi wioslowanie, a Mongolowie zgadywali, czy chodzi jej o hip-hop, czy moze o trans.
Wczoraj, gdy kierowca przyjechal po nas, pokazalysmy mu, zeby poczekal 10 minut i pan odjechal. Nastepne pol godziny, zanim wrocil, zastanawialismy sie, czy zrozumial, ze ma wrocic o godz.10, za 10 godzin czy cos zupelnie innego.
Dobra godzine zajelo nam wczoraj tlumaczenie panom od koni, ze juz zaplacilismy za jazde. Probowalismy: pisania patykiem po ziemi, pantomimy, krzyku, ucieczki. Zapytalam pana, jak nazywa sie moj kon, pan odpowiedzial: 10 tysiecy tugrikow.

Jedzenie
Jest okropne. Az brak slow. Jedziemy teraz na trekking konny i jestesmy przerazeni wizja nocowania w jurtach i bycia czestowanym przez gospodarzy. Mongolowie sa naprawde niesamowicie goscinni i prawda jest to, ze mozna zatrzymac sie w kazdej jurcie po drodze i oczywiste jest to, ze zostanie sie ugoszczonym. Przestalo nas to cieszyc. Kumys (tradycyjny napoj ze sfermentowanego mleka klaczy) bylismy jeszcze w stanie przelknac. Gorzej z dziwnymi glutami z mleka, ktore juz raz dostalismy. O miesie - roznych najdziwniejszych czesciach barana, nie ma co wspominac.

Naadam
Najwieksze swieto Mongolow. Zawody sportowe - konie + zapasy + lucznictwo. Ogladamy juz drugi w ciagu dwoch dni. Pierwszy w Karakorum - taki miejscowy, zupelnie bez turystow, bardzo nam sie podobal. Dzis, w Tsetserleg, glownie zapasy.

Ludzie
Sa naprawde goscinni i strasznie zyczliwi. I naprawde wszedzie jezdza konno - do sklepu, w odwiedziny. Co dla mnie jest rewelacja i co powinnismy nasladowac.

Krajobrazy
Przepiekne, niesamowite. Zdjecia je splaszczaja. Slowa zreszta tez, wiec o tym juz nic wiecej.

Podrozowanie po Mongolii
Wymaga duzo samozaparcia. I nie wiadomo w zasadzie po co. Gdy dojezdza sie na miejsce okazuje sie, ze nie ma tam specjalnych atrakcji, miasto to kilka okropnych poradzieckich blokow wyrastajacych na srodku stepu. I znowu taka mysl, ze moze powinnismy byc gdzies indziej, moze to zly wybor.
I tak sobie dzis pomyslalam, ze te atrakcje sa gdzies pomiedzy:
Gdy za oknem stepy i jurty, a kierowca z pasazerem (ktorego nazwalismy Indianinem) spiewaja mongolskie piesni.
Gdy na Naadamie w Karakorum tlumy Mongolow tradycyjnie ubranych scigaja sie na koniach.
Gdy sie widzi rodzine spiewajaca razem karaoke.
Gdy w wiosce cala rodzina wylega, zeby nam pomoc znalezc miejsce do spania.
Gdy sie dociera tam, gdzie tak jakby nikogo nigdy nie bylo.

To na pewno za wczesnie na podsumowania, ale pewnie mi umkna potem gdzies te pierwsze wrazenia, wiec tak zebyscie wiedzieli.

Pamflet na przewodniki turystyczne

Moja niechec do czytania przewodnikow znajduje na tym wyjezdzie pelne uzasadnienie. Po 16 dniach tulaczki zebrala sie calkiem obszerna lista bledow popelnionych przez autorow przewodnikow turystycznych, ktora powinna ujrzec swiatlo dzienne. Przede wszystkim ceny, ktore podaja przewodniki wszelkiej masci (z Lonely Planet i Pascalem na czele) nalezy na starcie mnozyc przez 3. Oto lista pozostalych niescislosci (bede uzupelnial w miare mozliwosci):
  1. Sliudanka - Muzeum Mineralogiczne.
    Ogladanie brzydoty tej nadbajkalskiej miesciny sprawia perwersyjna przyjemnosc. Zeby umartwic sie juz do szczetu postanowilismy zanocowac w Muzeum Mineralogicznym, ktore w przewodniku po Bajkale zareklamowane bylo jako tanie ale prowadzone przez niezbyt goscinna pania gospodarz. Zrozumialbym tego typu komentarz gdyby ta pani byla neutralnie nastawiona do turystow. Otoz nie - ta kobieta to istny aniol. Luba Zygalowa jest przemila, wyksztalcona i mowi piekna i zrozumiala ruszczyzna. Tlumaczy wszystko chetnie i wyczerpujaco. Nie unika kontaktu, sama wychodzi z propozycjami. Az brak slow na opisanie rozdzwieku miedzy rzeczywistosci a przewodnikiem.
  2. Darkhan - Jammin Toast Guesthouse.
    Z nadzieja wyczekiwalismy spotkania z milym szkotem, ktory od lat prowadzi ten przytulny hostel. Niestety okazalo sie, ze nie dosc, ze hostel aktualnie nie istnieje to prawdopodobnie w ogole nigdy nie istnial - najstarsi Mongolowie w okolicy o nim nie slyszeli.
  3. Jedzenie w Mongolii.
    Przewodnik Lonely Planet nie dosc ostrzega przed tutejszymi specjalami. Wybranie sie do jurty bez termosu z rumiankiem/worka foliowego/aviomarinu jest rownie ryzykowne jak wiara w istnienie szkotow w Mongolii. Obowiazkowo trzeba wypic kumys czyli zepsute kobyle mleko z 4% zawartoscia alkoholu. Juz sama wiedza o technologii wytwarzania tego napoju przyprawia o mdlosci, ktore w zadnym wypadku nie mijaja po jego sprobowaniu. Do przegryzienia goscinni Mongolowie podaja suszony kozuch z mleka, czerstwe grudki, ktorych pochodzenia nie zamierzam dociekac oraz cos, co wyglada jak tost a w istocie jest kolejnym produktem mlecznym, w dodatku tak niedobrym, ze az z przyjemnoscia popija sie go kumysem. To wszystko jest tym trudniejsze, ze gospodarze podaja to wszystko w dobrej wierze. Niewykluczone, ze odejmuja sobie od ust aby nas ugoscic a my myslimy jedynie o tym gdzie ukryc niedojedzone smakolyki.
  4. Zdolnosci jezykowe Mongolow.
  5. Pisala juz o tym Chrzczona ale warto to powtorzyc. LonelyPlanet glosi, iz w Mongolii dogadasz sie po angielsku. Praktyka pozauje jednak, ze angielski jest dopiero czwartym jezykiem tego kraju. Najlatwiej znalezc niemowe i rozmawiac z nim po migowemu. Po drugie w kolejce po pierozki z miesem mozna bez problemu natknac sie na Mongola, ktory pracowal przez 9 lat w Polsce i przeprowadzic z nim sympatyczna konwersacje. Po trzecie taksowkarze wladaja zazwyczaj kilkoma rosyjskimi slowami wiec w przypadku transportu wlasnie ten jezyk powinien byc obowiazujacy. Nauka jezyka mongolskiego nie ma absolutnie zadnego sensu - klotnia o 10tys tugrikow przy koniach pokazala, ze rdzenni mieszkancu tych terenow slabo sie porozumiewaja miedzy soba w swojej mowie.
  6. Pustynia Gobi.
    Na pustynie wprawdzie jeszcze nie dotarlismy ale zdazyla ona wzbudzic juz niemale emocje. Przewodnik Lonely Planet ostrzega, zeby nie robic sobie nadziei na piaszczyste wydmy, spekana ziemie, zwirowe bezkresy czy nawet skaliste tereny przetkane gdzieniegdzie kaktusami. Nie ma co liczyc na majaczaca w oddali karawane ani na odpoczynek w cieniu piramid. Niestety, trzeba byc gotowym na najgorsze. To co spotkamy na pustyni Gobi wg ww przewodnika to istny raj na ziemii. Apetyczne drzewka owocowe wyrastajace tu i owdzie posrod soczystej murawy szczypanej przez pasacy sie zywy inwentarz. Srebrzace sie jeziora. Geste lasy do zludzenia przypominajace amazonska dzungle. Niech to jednak nikogo nie zwiedzie - to wszystko to wlasnie pustynia Gobi.

wtorek, 7 lipca 2009

Bajkal i reszta

Kochana Zuz - nasz zespol wyjazdowy zawiera w sobie az dwie panny Chrzcz., z czego niestety tylko jedna byla w Gwatemali:( Ja to ta druga...
Ostatnie kilka dni spedzilismy w Dolinie Tunkinskiej i nad Bajkalem. W Dolinie wbrew nazwie wybralismy sie w calkiem wysokie gory, a konkretnie chcielismy zdobyc jedna ale z kilku powodow zrezygnowalismy niedlugo przed szczytem ( ponad 2000m). Tgz trudnosci obiektywne to m.in. problemy z aklimatyzacja w tym nowym czasie syberyjskim. Mianowicie trudno jest wieczorem zasnac ( bo dla mnie to ciagle 17.00 a nie 22.00) za to jeszcze trudniej obudzic sie z rana...dlatego tez ominelismy te trudnosci z wdziekiem: obudzilismy sie o 11.00. W gory wyszlismy o 13.00. Tak sie nie robi, wiemy...a jeszcze padalo i bylo zimno a zbocze bylo strome...
Nastepnego dnia zrobilismy juz calkiem leserska wycieczke kurortowo sanatoryjna po czym pozeglowalismy nad Bajkal szerokim lukiem omiajjac kurorty takie jak Listwianka i zwyczajem prawdziwych traperow ladujac w nieznanych nikomu dziurach ( Sludianka), nie posiadajacych pieknych plaz, posiadajacych za to mnostwo pijanych panow. Udalo nam sie jednak znalezc nocleg w muzeum mineralow, w przepieknym miejscu u stop gor. W gory te oczywiscie zaraz sie wybralismy, niestety nasza wycieczka nierozsadnie rodzielia sie na dwie czesci w wyniku czego wiekszosc czasu szukalismy sie na trasie...nie ma tego zlego, ja i Pawel szukajac zagubionych dwoch panien zrobilismy wiecej kilometrow w tempie eksperesowym ( kto mnie zna ten wie, co przyszlo mi na mysl, gdy szukajac ukochanej siostry ujrzalam wylaniajacych sie z lasu trzech umorusanych budrysow a siostry ani chociaz jej ciala nie bylo nigdzie...). Oczywiscie znalezlismy sie i postanowilismy wiecej nie dyskutowac o waznych sprawach podczas trasy, bo owa dyskusja wlasnie byla przyczyna katastrofy ( nie zauwazylismy ze droga sie rozchodzi i mamy opcje do wyboru, ktorego nie dokonalismy. Druga czesc ekipy dokonala wyboru bo zauwazyala rozstaje, niestety byl to inny wybor)
A dyskutujemy duzo. Od klotni o pryncypia ( wszyscy) przez historie ( napotkani rosyjscy wielbiciele marszalka Rokossowskiego + my) konczac na sporach geograficznych z pozoru niewaznych a ajednak kluczowych ( dwie osoby z ekipy - ciekawe ktore...?). Do ostatniej grupy nalezy dzisiejszy spor o charakter geograficzny a konkretnie zawartosc piasku i trawy w glebie pustyni Gobi ( czy jest piaszczysta czy trwaista a jezeli jednak trawiasta to czy jest jeszcze pustynia?)
Dyskusja o pryncypia natomiast rozgorzala ktoregos wieczoru przed snem. Dyskutantow bylo 5 z czego 4 osoby prezentowaly mniej wiecej ten sam punkt widzenia ( w tej sprawie). Dyskusja rozgrywala sie na wielu plaszczyznach metaforycznych i doslownych, poniewaz lozka na ktorych spalismy byly trzypietrowe, co dodawalo smaku naszej dyspucie. Generalnie dyskurs nasz zamyka sie w kilku kluczowych pytaniach: czy istnieja w swiecie stale wartosci ia zasady ( 4:1 na nie). Czy poglady sprzeczne se soba moga wspolistniec ( 4: 1 na tak mimo kontrargumentu natury czysto fizycznej). Czy mozemy narzucac innym kulturom wartosci europejskie ( tu problem dla grupy 4...nieco sie zacukala i nie potrafi odpowiedziec). Czy przekonanie o rownosci pogladow to poglad ( 4: 1 na nie). Komu blizej do nazisty ( 5: 0 na "Tobie"). I wiele innych. Spor nie zakonczyl sie konsensusem lub chociaz kompromisem ale to niewazne bo poglady moga wspolistniec ze soba, mimo sprzecznosci:) Spor zakonczyl sie pojsciem spac
Pozdrawiam juz z Mongoliii do ktorej dotarlismy dzis po poludniu - jestesmy w Darkanie a jutro w Ulan Bator

środa, 1 lipca 2009

Warszawa - Moskwa - Irkuck

Dzis rano, po 76 godzinach podrozy transsibem, przyjechalismy do Irkucka. Mam wrazenie (jak do tej pory), ze podrozowanie po Rosji to wieksze wyzwanie niz Gwatemala, Kambodza czy Indie razem wziete.
Ale od poczatku:

Piatek i sobota - Warszawa - Moskwa
To nasze dwa dni sukcesow. Po pierwsze udalo nam sie spotkac na lotnisku (Wojtek lecial innym lotem), po drugie udalo sie odebrac bilety na kolej transsyberyjska kupione przez rosyjska kolezanke Wojtka (kupienie ich z Polski bylo niewykonalne).
Po trzecie udalo nam sie znalezc nocleg, za cene strasznie wygorowana, ale trudno.
Wieczorem spacery i Kreml noca. Arbat przemierzamy wielokrotnie, ale bardzo nam sie podoba.

Nastepnego dnia juz troche gorzej - mauzoleum Lenina zamkniete, ale ogladamy Kreml i lezymy w parku, obserwujac pary robiace sobie zdjecia slubne i klub spiewajacych babc.
Magda otwiera kolekcje zdjec: Moskwiczanki.
Moskwa - troche taka, jak sobie wyobrazalam. Ogromna, majestatyczna. Jeepy, srebrne limuzyny, panie w sukienkach obwieszonych zlotem, ale w dalszych zakatkach bieda i ciuchy juz bardziej jak z naszego stadionu.
I znow te kontrasty - komunistyczne miasto, z palacami kultury, na ktorym ktos napredce i w wielkiej ilosci ponakladal reklamy coca-coli, powsadzal starbucksy etc.

Sobota wieczor - sroda rano - kolej transsyberyjska
Po pierwsze nigdy nie wiemy, ktora jest godzina. Systematycznie przekraczamy kolejne strefy czasowe, doba nam sie skraca, jednoczesnie rozklady jazdy i zegary na mijanych stacjach ustawione sa wedlug czasu moskiewskiego. Kazdy z nas ma inny pomysl na to, o ktorej sie klasc, o ktorej wstawac. A wiec totalnie zagubieni w czasie i przestrzeni. Mnie to odpowiada, bo to jakos bardziej naturalne niz zmiana o pol doby w czasie jednego lotu samolotem. A przestrzenie rzeczywiscie ogromne i jakby zupelnie niezamieszkane.
Jedziemy tzw. plackartnym, w ktorym brak przedzialow, mamy wiec okazje dzielic szczegoly zycia intymnego z piecdziesiecioma innymi osobami (co zaskakaujace - zadnych backapackerow). Podobno wszyscy sie tu szybko zaprzyjazniaja, nam udaje sie to dopiero trzeciego dnia. Swietujemy Pawla urodziny i zapraszamy na wodke osoby z naszej czesci wagonu: pana Olka -konstruktora samolotow z Irkucka i Alone - dziewczyne, ktora jedzie odwiedzac cala rodzine, bo na codzien mieszka w Niemczech (ma tam meza). Rozmowy o polityce koncza sie podsumowaniem Alony, ze jednak Stalin byl najlepszy. Z tym juz trudno dyskutowac.
Czas mija jednak zaskakujaco szybko. To mialy byc trzy dni, kiedy wreszcie wszystko sie spokojnie przeczyta, przemysli, wysni, odpocznie, przegada. Nic z tego. Ostatniego dnia w pospiechu probujemy ustalic, co bedziemy robic dalej. I mamy klopot.

Irkuck
Na razie jestesmy nieprzytomni, niewyspani, przestawieni czasowo i walczymy z jakas potworna biurokracja. Nawet w dzungli w Gwatemali nie bylo takich problemow ze zdobyciem informacji czy wymiana czekow.
No ale to mam nadzieje, przejsciowy kryzys, bo jutro jedziemy nad Bajkal.